A

ALEJA DĘBOWA

Jednym z fajniejszych naszych pomysłów, które miały za zadanie ocieplić wizerunek festiwalu, było zasadzenie dębów w Parku Helwinga  w 2008 roku. Pomysł super,  wykonawcy  moi się spisali, gorzej z Gminą. Kilka lat później  rozpoczął się   remont parku, przebudowa alejek, i niestety, kilka pamiątkowych dębów wykruszyło się. A tak dla przypomnienia,  dęby sadzili m.in. Kazik, Nosowska,  Renata Przemyk, Waglewski. Dzięki moim staraniom i wsparciu Burmistrza, Krzysztofa Piwowarczyka, kilka lat później,   pozostałe po renowacji Parku dęby zyskały  tabliczki informujące  – kto i kiedy  sadził dany dąb. Z tymi dębami wiąże się jeszcze jedna  historia – pod każdym  dębem umieściliśmy marmurową tabliczkę z datą, nazwą festiwalu oraz nazwiskiem i imieniem osoby sadzącej te dęby. Dla  pewności osadziliśmy to w betonie. Niestety,  tabliczki wytrzymały tylko jedną  noc. Mieszkańcy pola namiotowego zadbali o to, by  dęby na kilka lat  stały się anonimowe. Co ważne,  wydaje się że większość tych tabliczek pojechała w Polskę. To nie były akty wandalizmu, w sensie tłuczenia  dla samego faktu niszczenia. To były celowe działania zbieraczy festiwalowych pamiątek.

ALKOHOL

Mówiąc o alkoholu na festiwalach w Węgorzewie, w wersji oficjalnej, mówimy oczywiście o piwie.  Przez lata zmieniały się  przepisy, interpretacje. Nigdy nie było różowo. W 1999  roku miał miejsce EB Rock Festiwal. I żeby móc sprzedawać  piwo na festiwalu potrzebna była zgoda gminy na jednorazową sprzedaż. Niestety, ówczesna  Pani Sekretarz, była pryncypialna aż do bólu. Cytuje – na festiwalu nie wolno sprzedawać  i podawać alkoholu. I na nic zdawały się   prośby ówczesnego organizatora, delikatne sugestie Burmistrza. Nie i nie. I mało brakowało, i  festiwal by się nie odbył. A mówimy o działaniach na 2-3 tygodnie przed pierwszym graniem. Pani Sekretarz zmiękła dopiero na argument o odwołaniu imprezy. I wydała zgodę –  „Na sprzedaż i podawanie piwa  w garażach przy placu koncertowym”.  Jako   organizator  kolejnych edycji „rockowiska” wiele piwnych kruczków  rozkminiłem na drobne. Z korzyścią dla zdrowego rozsądku. W 2004 roku na wojskowym placu miały miejsce dwie podobne  imprezy. Lato z Radiem i nasz festiwal. Na Lecie  z Radiem organizatorzy   porobili klatki  piwne, ograniczone barierkami, i tylko w klatkach stłoczeni jak śledzie uczestnicy  koncertu  mogli delektować się złotym napojem. Jeśli można było mówić o delektowaniu się w takich warunkach.  Trzy tygodnie wcześniej  wypróbowałem swój patent, wszystko zgodnie z przepisami. Na dwu przeciwległych ścianach  garażów powiesiliśmy z jednej strony kufel przekreślony czerwonym X – to w stronę sceny,  obok  kuflel z pianką bez dodatkowych znaków. W ten sposób  podzieliłyśmy cały plac na dwie strefy. I komfort  picia piwa był. I nikt się z kuflem nie pchał pod scenę – czasami tylko ochrona dyskretnie groziła palcem dla tych  co się zapominali. Wszystko zgodnie  z prawem.

AMARENA

W historii    festiwalu alkohol zawsze pełnił  jakąś  rolę. Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle. To był fakt. O  piwie  będzie w innym miejscu. Tu kilka zdań o trunku, który przebojem wdarł się na tereny okołofestiwalowe w takim  stopniu, że już drugiego dnia festiwalu   w popularnym dyskoncie zabrakło go. Mowa o Amarenie, tanim winie wiśniowym rozprowadzanym przez Biedronkę. 0,7 l  tego „nektaru”  kosztowało  tyle,  co słabe rozwodnione  oficjalne piwo na festiwalu. A że tuz przy Biedronce  tkwiło  festiwalowe pole namiotowe to   i korowody na trasie  dyskont -pole – festiwal trwały  przez wszystkie dni. Najbardziej rozczarowany był   kochany gastronom, który na polu namiotowym rozstawił się z nalewakiem  do piwa  i przez jeden dzień sprzedał pół beczki. I to mówimy o czasach, gdy na polu rejestrowało się  prawie 1000 uczestników.

AMATORSKIE ZESPOŁY CZ. 1.

Mało kto  już dziś pamięta, że  w początkach festiwalu, gdy nie było   Internetu, jedynym sposobem na dotarcie do środowiska  rockowego, tego amatorskiego było wysyłanie zaproszeń do domów kultury oraz poczta pantoflowa. Każdy rok  to oddzielna  historia, za każdą płytą kasetą, potem CD, a na koniec plikiem mp3, wszystko z  kartą zgłoszenia,  stali konkretni ludzi ze swoimi marzeniami, pomysłami, swoją  wizją  muzyki rockowej. Przez  te wszystkie edycje  można powiedzieć , że  na węgorzewskiej scenie  chciało  zagrać kilka tysięcy  grup. To oznaczało kilkanaście tysięcy osób. Tu w tym miejscu chciałbym  o kilku kwiatkach. Czy ktoś uwierzy, że w 1992 roku do konkursu stanął   szczycieński Hunter? Tak,  tak, ten Hunter który  kilkanaście lat później był gwiazdą węgorzewskiego festiwalu. Ciekawa była   historia z laureatem z 1994 roku. Decyzją  jury zwycięzcą  została koszalińska grupa Harwester. Ale … zespół po konkursie wyjechał. Jedna z wersji mówiła, że członek zespołu miał ślub, druga, że zespół grał na weselu. Jako organizator, w czasach gdy jeszcze nie było  komórek, złapałem zespół telefonicznie w drodze powrotnej na dworcu w Olsztynie – na nic zdały się moje  prośby i perswazje – temat wesela  wygrał. I ta decyzja postawiła  jury przed dylematem – kto w zamian. Opcja była tylko jedna – Sweet Noice.  Ale na  tę kandydaturę nie chcieli się zgodzić mundurowi w jury – Glaca w czasie koncertu rzucił w publikę butelką  wody. Znowu negocjacje do rana  z Glacą. Warunek był jeden – Glaca ze sceny przeprosi za zachowanie i tytuł powędruje do  Sweet Noice. I tak się stało. A Harwester do dziś nie wie o pogrzebanej swojej szansie na sukces. 

 W 2007 roku  na małej scenie w Parku Helwinga  miał wystąpić Feel, zespół nominowany do naszego konkursu przez  Radio Katowice. Ich debiutancki singiel A gdy jest już ciemno znalazł się na naszej festiwalowej składance. Niestety, o zespole z tygodnia na tydzień stawało się coraz bardziej głośno, w efekcie  mocniejsi od nas zabronili mu występu w konkursie na trawie w parku Helwinga a  kilka tygodni po naszym  festiwalu Feel tym samym utworem zdobył Bursztynowego Słowika w Sopocie.

AMATORSKIE ZESPOŁY CZ. 2.

Dziś nie chce się wierzyć, że   do Węgorzewa  potrafiło  jednorazowa zgłosić się po ponad 400 kapel z całej Polski. Czy  jako organizatorzy, którzy powoływali komisje do weryfikacji/przesłuchań nie mieliśmy odczucia, że  kogoś przegapiliśmy? Nie jest to do sprawdzenia czy weryfikacji. Przyjęliśmy do konkursu zespół Enej w 2006  roku, w konkursie wystąpił Power of Trinity,  przyznaliśmy tytuł laureata Mariuszowi Dudzie i jego zespołowi Xanadu, metalowy Testor po zwycięstwie w  Węgorzewie  zagrał na największych polskich festiwalach. To przez Węgorzewo  wiele olsztyńskich zespołów wybiło się na niepodległość  i  bez względu na szyld/nazwę  nie były to anonimowe grupy: Los Vaticaneros, Kookaburra, Transsexdisco, Zaraza czy nawet Kuśka Brothers. Na węgorzewskiej scenie w konkursie wystąpiła Ewelina Lisowska z zespołem Nurth (nagroda dla indywidualności artystycznej festiwalowego konkursu), na węgorzewskiej scenie z dobrej strony pokazał się Michał Kowalonek  z zespołem Snowmen, ten sam, który zastąpił Rojka w grupie Myslovitz. Kariery  muzycznej nie zrobił za to  Michał Wypij, muzyk olsztyńskiego Monolitu. Na festiwalu został  jako zespół zauważony, Michał, niestety rzucił granie na rzecz polityki.  Kończąc wątek  konkursu nie sposób  nie wspomnieć o tym jak  jeden z zespołów  chciał nas sprawdzić. Nagrał  demówkę w 2002  roku, wypełnił kartę  zgłoszenia  i … się zakwalifikował. Mowa o zespole  Fochmann. Niestety, zespół  nie pojawił się na węgorzewskiej scenie, bo takiego zespołu nie było. Kasetę  –  przyznali  się  po  latach, gdy już występowali w Węgorzewie jako gwiazda  – wysłali dla jaj chłopaki z Pogodna. Z taką  myślą, że sprawdzą naszych jurorów.

AMFITEATR

Miejsce festiwalu świadczy o organizatorach, mieście. Gdy  na mapie festiwalowej  naszego kraju  widniało tylko kilka miejsc, nasz wojskowy plac  był  na swój sposób oryginalnym rozwiązaniem. Nie czas ku temu i szukanie  autora pomysłu, ale wedle mej wiedzy  pomysł  na organizację w tym miejscu festiwalu narodził się w trakcie przypadkowego spotkania ówczesnego dowódcy  jednostki wojskowej pana Wiesława Pietrzaka z ówczesnym Dyrektorem Domu Kultury panem Jurkiem Doroszem. Był przy tym jeszcze Edward Świrkowicz. Koszarowy  plac   był swoistym ewenementem, nie jest tajemnicą, że w garażach  nie przechowywano zboża czy innej spożywki. Był dla nas wygodny, dwukrotnie Miasto na nim zorganizowało Lato z Radiem. Niestety, z czasem  coraz więcej było głosów  na nie. Telewizyjni operatorzy jak zobaczyli koszarowe otoczenie łapali się za głowy, w wojsku  co i rusz  ktoś tam pytał, czy jest to korzystne dla obronności. Dyskusje  nad nowym miejsce  festiwalu rozpoczęły się  od pierwszej edycji Seven Festival. Pamiętam jak ktoś przyjechał na koncert Sepultury i na forum umieścił komentarz – gdzie ja jestem, co to za obory. Był to okres dużych możliwości  pozyskiwania  funduszu unijnych. I Gmina tez zrobiła podejście  do tego, by w starej żwirowni w Kalu  zrobić  amfiteatr. Dziś z  perspektywy lat mogę  powiedzieć jedno, że  zabrakło determinacji by przepchnąć ten projekt. Dla lokalnych   organizatorów  Plac Wolności to był  szczyt marzeń i zadowolenia z tego co mają  – po co kombinować  z nowym  miejscem. A robić amfiteatr  na jedno rockowisko, bez sensu – to ich opinia.   W międzyczasie pojawiały się   pomysły  umiejscawiające  festiwal w innych dziwnych miejsca: przy ulicy Zacisze (obecny Lidl), w parku Helwinga,  na Placu 400 – lecia Węgorzewa ( tereny na J. Święcajty). Mijały lata, plac rockowy przeobraził się w masowy parking a Plac Wolności jak stał   koncertami tak stoi nadal. Mówię to z sarkazmem,   bo  robić   koncerty w betonowo – asfaltowym otoczeniu   na Mazurach to jest chyba  nie to, co chcemy pokazać turystom.

ATMOSFERA

Wiele osób mówiąc o naszym festiwalu podkreślało jego inność na plus w stosunku do innych festiwali. Na czym  ta inność polegała? Ile osób  tyle  opinii. Ale tu sobie pozwolę zacytować opinie jednego ze stałych  uczestników festiwalu. „Olek, nie ma takiego festiwalu w naszym kraju,  gdzie  bawisz się do rana, zasypiasz w namiocie a rano budzą cię pluskające  stada kaczek  w Węgorapie. Nie ma takiego festiwalu, że  możesz  w namiocie zostawić aparat fotograficzny, iść popływać w Węgorapie i po powrocie jesteś pewien, ze wszystko pozostało na miejscu. Wreszcie nie ma  takiego festiwalu, że   po 4 dniach pobytu  na polu namiotowym, na koncertach większość ludzi znasz już z widzenia i czujesz się jak w jednej wielkiej rodzinie”. Ja ze swoich obserwacji  dodam jedno, co było na plus naszego  festiwalu. Nie przesadzaliśmy z komercją. Owszem, musieliśmy zarabiać. Ale płatne punkty ładowanie komórek? Nie u nas. Pole namiotowe płatne? Nie u nas. Natryski na polu namiotowym – symboliczna opłata.

B

BARTER 

Dziś to słowo jest w powszechnym obiegu, i każdy  wie o co chodzi. Najczęściej o barterze mówimy przy wzajemnych  równoważących się  świadczeniach reklamowych. Ale w początkach festiwalowych w latach 90 barter nie jedno miał imię. Po raz pierwszy węgorzewski barter miał   zastosowanie w przypadku koncertu zespołu Wilki. Jakoś tak mi się fajnie rozmawiało /negocjowało  z Moniką Gawlińską, że zespół w Węgorzewie wystąpił  prawie bezkosztowo. Wojsko zasponsorowało dla ekipy  Roberta Gawlińskiego tygodniowy pobyt na WDW (wojskowy ośrodek wypoczynkowy nad Jeziorem Święcajty). Dodatkowo zespól otrzymał możliwość robienia codziennie prób na sali kinowej na terenie koszar. To w Węgorzewie rodziły się przeboje z najlepszej zdaniem ekspertów płyty zespołu, „Przedmieścia”. Próby te miały swój koloryt, bo rozpoczynały się wniesieniem na salę minimum dwu zgrzewek piwa. Zespół w czasie prób nie gwiazdorzył , a że wilcze dźwięki niosły się po koszarach, to i chwila moment  sala kinowa była pełna. A że zespół był towarzyski, to i zgrzewki piwa szły do podziału na widownię. I tak trwało przez tydzień. Sympatycznie…. Do czasu. Do czasu, gdy dwu członków zespołu postanowiło po próbie kontynuować artystyczne dyskusje w barze U Wojtka, przy dzisiejszej stacji Orlen. Tam trafili na węgorzewskich ekspertów od rocka.  W efekcie zespół był  stratny  „jedynkę”   u perkusisty w trybie szybkim musiał odnawiać węgorzewski stomatolog. . Podobny manewr wypalił w stosunku do zespołu Ilusion, wówczas laureata Marlboro Rock. Ale w tym przypadku skończyło się  na faktycznym wypoczynku.

Barter pomagał też przy innych tematach festiwalowych. Dziś nie ma problemu z barierkami policyjnymi, ale na początku lat 90-tych? Barierki miała tylko policja. No i brałem  torbę mazurskich wędzonych przysmaków z oczami i jechałem do Pałacu Mostowskich (Komenda Stołeczna Policji). Dziwnym trafem tam poznałem osobę z węgorzewskimi korzeniami, i dalej już prosta droga. Transport do Piaseczna, tam policja ładowała 100  barierek sprawnych, 20 barierek do naprawy w Węgorzewie i temat zamknięty.  Co najważniejsze, bez sięgania do finansów festiwalowych.

BEHEMOTH
W 2014 roku z inicjatywy i za namową młodych wolontariuszy zdecydowaliśmy, że czas do Węgorzewa na festiwal zaprosić światową gwiazdę blackmetalu ze słowiańskim rodowodem znad Wisły. Rozmowy z Nergalem poszły jak z płatka i już na późną jesień ogłosiliśmy, że line up na Seven Festival zasili Behemoth. I się zaczęło. Chociaż początkowo nic nie wskazywało, że zespół wzbudzi za takie kontrowersje w naszym środowisku. Rozpoczęto nagonkę na organizatora kazaniami w kościele na ul. Pionierów, potem poszły petycje proboszczów do Burmistrza, wyjazdy do kurii do Ełku. A jak zaczęła się noworoczna kolęda, to moje nazwisko było na ustach wielu duszpasterskich wizyt. Póki co wszystko rozgrywało się lokalnie, nie wychodziło to poza powiat. I do końca miałem nadzieję, że to tylko chwilowe zaćmienie. Wspierał mnie w tym burmistrz, p. Krzysztof Piwowarczyk. Ale jako osoba, która potrafi słuchać , spotkałam się z ówczesnym Prezesem Polskiego Radia, węgorzewianinem, śp. Andrzejem Siezieniewskim, wielkim przyjacielem Węgorzewa i naszego festiwalu (tylko upór kilku radnych spowodował, że inicjatywa przyznania Andrzejowi, tytułu Honorowy Obywatel Węgorzewa w 2005 roku została w sposób brutalny zdeptana) i poprosiłem o radę. Powiedział tylko jedno słowo – odpuść, z ciemnogrodem nie wygrasz. Spytał, co zrobię, jak ktoś w ramach prowokacji rzuci kamieniem, farbą w kaplicę sw. Barbary? Co zrobię, jak Ryszard Nowak, Szef komitetu obrony przed sektami przykuje się do kaplicy/ (dla osób nie znających topografii informacja, kaplica znajduje się w bezpośredniej bliskości placu rockowego). I w ten oto sposób rezygnując z Behemota trafilismy na pierwsze strony wielu gazet.

BECZKA PIWA

Sponsor to podstawa każdego festiwalu. Przez dziesięciolecia sponsorami festiwalu były i browary, i producenci prezerwatyw i koncerny paliwowe i energetyczne. Warto jednak wspomnieć o jednym, o tym pierwszym. Browar Kętrzyn, tak, tak, był taki browar i piwo było całkiem całkiem , ufundował dla laureata konkursu festiwalowego beczkę piwa. Tu pośrednikiem okazała się ówczesna hurtowania piwa Robex. Beczka piwa dotarła, posadowiona na scenie czekała na zwycięzcę. Zespół Wolna Europa z Opola nagrodę dostał, zatargał ją do hotelu, czytaj koszar, i tu dopiero wszyscy sobie uświadomili, że piwo jest ale jakoby go nie było. Bo jak tę beczkę, taką klasyczną półokrągłą , otworzyć? Ilu widzów tyle rad. W efekcie zwyciężyła opcja radykalna. O 4 nad ranem, w miejscu gdzie dziś jest wejście do kaplicy garnizonowej, nastąpił gwałt na beczce – wbito czop do środka. Piwo pod ciśnieniem wybiło w górę, zespół i jego fani próbowali łapać w co się da to co było już w powietrzu – w kapelusze, torby. Z 50 litrów pewnie połowa poszła na użyźnienie gleby pod koszarowcem, reszta, powiedzmy sobie że została wypita. To była godzina 4.30. O godzinie 7.00 wracam do pracy z domu po intensywnym odpoczynku i co widzę – kałuże po piwie i pustej beczki ani śladu. Jest poszukiwana do dnia dzisiejszego. I kaucja za beczkę poszła w koszty festiwalu

BLISKA

Edycje do 2010 roku były to złote czasy dla węgorzewskiej stacji PKN Orlen (wtedy to się nazywała Bliska). Na polu namiotowym przez niespełna tydzień przewijało się nawet do1 500 osób. I jakoś trzeba było żyć, pić. A że Biedronka zamykała się na wieczór całe towarzysko – handlowe życie ogniskowało się na stacji. Przy jednej z pierwszych masowych edycji paliwa na stacji nie zabrakło, ale wody piwa, hot dogów tak. Już na kolejne edycje najemcy stacji takiego błędu nie popełnili. Zupełny przypadek, że kilka lat późnej Bliska była jednym ze sponsorów festiwalu.

BOGDAN STUDIO

Gdy po edycji 1994    dowódca 1 MBA   zakończył etap sojuszu wojska  z rockiem  i podjął decyzję  o wycofaniu się z organizacji  festiwalu rockowego, wydawało się, że to już koniec. Wiadomości Węgorzewskie apelowały, w mieście szukano pomysłu, powstał nawet „KOR” (komitet obrony rockowiska) w składzie którego był. m.in. Darek Biedrzycki , Halina i Krzysztof Grąziewiczowie. Ale jak trzeba było przyjść do konkretów, to został tylko Iwaniuk. Przy edycji 1994 poznałem  Bogdana Żydoka, wówczas właściciela Agencji  Bogdan Studio (wydał kasetę z nagraniami zespołów konkursowych z 1994 roku) . Bogdana   poznałem poprzez  Darka Biedrzyckiego, który w sklepie na Zamkowej (dzisiejsza karczma rozprowadzał jego kasety, wśród których muzyka rockowa nie była wiodąca, muzyka chodnikowa to  był wówczas biznes). Bogdan długo się nie zastanawiał,  i z początkiem roku 1995  ruszyły przygotowania do Festiwalu Rockowego. I tak do Węgorzewa przyszedł wielki świat – potężna scena (dziś  każda gmina ma scenę, trzydzieści lat temu scen pod wynajem w całym kraju było chyb z pięć, do Węgorzewa przyjechała aż z Chorzowa.).  Z Bogdanem wiele przeszliśmy, dzięki niemu  mam bardzo wielu znajomych z branży, z wieloma kontakty mam do dziś. Nawet to, że  miałem okazję  wypić symbolicznego kielicha z Tadeuszem Nalepą, Bogdanem Łyszkiewiczem, że u Bogdana poznałem Roberta Leszczyńskiego, wreszcie to jego wspólnik festiwalowy, Aleksander Rommel – Rogerson pokazywał jak się robi profesjonale strategie  marketingowe. Z Bogdanem kontakt jest do dnia dzisiejszego, ale  czy wszyscy  zainteresowani wiedzą i pamiętają,  że to on, pokazał jak się robi festiwal przez duże F.

BRYGADA

W moich wspomnieniach wielokrotnie przewija się temat wojska. Bo bez wojska, bez węgorzewskiej brygady, tego festiwalu nie byłoby. To prawda, że  festiwal formalnie robiło stowarzyszenie działające przy Klubie Garnizonowym, to prawda, że były lata, gdy to stowarzyszenie    płaciło grubą  kasę dla Agencji Mienia Wojskowego za dzierżawę placu (potem sami wojskowi znaleźli i  podpowiedzieli furtkę, jak temat ominąć i mieć plac za free). To wszystko prawda. Ale też trzeba pamiętać, że  jako pracownicy klubu na czas  festiwalu  nie braliśmy  urlopu, że  gdyby  trafił się złośliwy przełożony, to mógłby nam w czasie festiwalu znaleźć inne zajęcie…. Itd. Wszystko co robiliśmy  odbywało  się  za większym lub mniejszym przyzwoleniem przełożonych. Nawet to, że klub na czas festiwalu przeradzał się w centrum festiwalowe nie mające nic wspólnego z wojskiem, że wokół koszar w czasie festiwalu przewijały się setki młodych ludzi  – wszystko to było świadectwem tego, że mieliśmy parasol  ochronny na czas festiwalu. I już nie chce się  wspominać o takich drobnostkach, jak  dyżury wojskowych elektryków na placu, pomoc wojska w suszeniu sprzętu po zawaleniu się sceny, czy nawet wynajem autobusu na festiwalową konferencję  w Warszawie. Bez brygady nie byłoby festiwalu. Festiwal bez brygady tracił na klimacie, atmosferze.

BURMISTRZ

Bez wsparcia władz samorządowych węgorzewskie rockowisko nie miałoby racji bytu. Moim sukcesem było to, że przekonałem wszystkich  po kolei, że warto wesprzeć. Ale po kolei.

Bolesław Kanownik – nie przypominam sobie, żeby przy pierwszych edycjach był na festiwalu, ale  też i te pierwsze edycje były takie, że   finansowo się spinały zanim się zaczęły. P. Kanownik mimo to wspierał na ile to było potrzebne, np. dostaliśmy za free pokoje gościnne na zamku.

Władysław Anchim – to za jego czasu festiwal z lokalnej zabawy  przekształcił się w imprezę pełna gębą. I chyba wtedy został popełniony największy błąd przez ze mnie. Ale po kolei – edycja 1995, 96, 98, 99   Agencja Bogdan Studio organizowała  przy wsparciu logistycznym miasta. Ale chyba bez wspierania finansowego. Gdy    Bogdan Studio   po edycji 1999 stwierdził, że 4 edycje i starczy, to w mieście   zapanowała żałoba, apatia. Wszyscy widzieli potencjał w festiwalu ale  nikt nie szukał „murzyna” do roboty. A że  w 1998 roku zostałem radnym, to i mój kontakt z Władkiem był bardzo bliski. I jakoś tak  przy którymś z męskich spotkań  w kasynie  gdy  rozmowa zeszła na rockowisko, zgłosiłem  akces na „murzyna” do roboty. Władek nie oponował. I tak  rozpoczęła się moja era  festiwalowa po kilkuletnim odsunięciu się od środowisk decyzyjnych.  A co do błędu – po pierwszej mojej samodzielne edycji  festiwal powinienem przekazać do  Domu Kultury. Ja. Klub, wojsko, stowarzyszenie wspierałoby festiwal, a  rockowisko stałoby się sztandarową   imprezę miasta na lata, z pewnym budżetem. Gdybym wtedy był taki mądry, dziś mielibyśmy festiwal a nie potańcówki przy fontannie. Ważne, razem z Władkiem  odbyliśmy dziesiątki  podróży po potencjalnych sponsorach, ministerstwach, mediach. Czasu swego nie żałował.

Antoni Piotrowski -Podobnie jak Władek, wspierał mnie gdzie tylko mógł. Antoni, człowiek wówczas Samoobrony, umawiał mnie z prominentnymi  działaczami tej partii, czasami skutkowało, czasami nie. Antoni  wierzył do końca kadencji w to, że wyjdę na prostą z festiwalem.

Krzysztof Piwowarczyk – największy  fan muzyki rockowej wśród węgorzewskich samorządowców (po mnie J) , to on wprowadził do budżetu stałe finansowanie festiwalu poprzez WCK (nie musiałem już stawać w konkursach, i już 1 stycznia wiedziałem, że  na  wsparcie festiwalu wyniesie nawet 90 000 zł. Ważne, razem z Krzyśkiem odbyliśmy dziesiątki  podróży po potencjalnych sponsorach, ministerstwach, mediach. Czasu swego nie żałował. Ale też zabrakło mu odwagi, by w pewnym  momencie powiedzieć  stop. Dalej festiwal  bierze Gmina. Z Krzyśkiem wiąże się tez wiele miłych wspomnień, gdy po koncercie The Stranglers  wielokrotnie podkreślał, że nigdy się nie spodziewał, że  będzie na koncercie tej klasy zespołu. Ale są tez  i wspomnienia inne. Gdy  w 2014 roku w końcu czerwca odwołałem   festiwal, to nikogo nie było przy mnie, a  były za to pretensje o to, że o odwołaniu się ktoś dowiedział w drugiej kolejności (festiwal odwołałem w pierwszej kolejności informując policję faksem, zanim  faks dotarł  do Komendanta Powiatowego na biurko, to  już poszły sms na miasto, i Krzysztof nie załapał się do pierwszej listy dystrybucyjnej). Do dziś też pamiętam  jak krokami mierzyliśmy amfiteatr w Kalu w towarzystwie  prezesa  Carlsberg Polska. Zaangażowany bez końca w festiwal ale też  chyba trochę za strachliwy, bez wizji  tego, co ma być  później.

Krzysztof Kołaszewski – wszedł płynnie w  buty swego poprzednika, mimo, że organizator był już formalnie inny, z Warszawy, to byłem z nim na bieżąco.  Chyba przegapił  moment, gdy festiwal był jeszcze do uratowania. Zbiegło się to wówczas z pandemią.

Dziś  z perspektywy czasu, mądrzejszy o późniejsze doświadczenia śmiem twierdzić, że zabrakło ze strony samorządu  elementu kontroli, nadzoru. Wszyscy burmistrzowie cieszyli się, że festiwal jest, że do Węgorzewa przyjeżdżają tłumy młodych ludzi, występują największe gwiazdy. Żaden nie pomyślał o tym, jak zabezpieczyć interesy miasta, to  jest ciągłość projektu i kontynuację.

C

COMA

Z perspektywy  30 lat   patrząc  na losy węgorzewskich laureatów,  na pierwszy plan wysuwa się … Nie, to nie jest  Sweet Noice, którzy weszli na taki poziom gwiazdorstwa, że dla nich konkurs  Węgorzewie  raczej stanowił temat do przemilczenia. Dla mnie to Coma  to była kwintesencja konkursu. Do konkursu zgłosili się, bo spełniali warunki, byli przed wydaniem płyty a jednocześnie byli znani w środowisku. Wystąpili  na osobistą prośbę Pawła Kostrzewy, doskonale rozeznanego w młodej polskiej muzyce. Przyjechali i już w trakcie konkursowego koncertu było widać, kto jest faworytem: fani Comy z transparentami, śpiewający z Roguckim  robili niesamowitą atmosferę na koncercie. Nagroda Główna, Publiczności i Dziennikarzy poszła w godne ręce. Rok  później Coma przyjechała do Węgorzewa już w charakterze  gwiazdy. Z luźnej  rozmowy po koncercie z Roguckim pamiętam jedno – gdy na pożegnanie strzeliliśmy klasycznego niedźwiedzia, Piotr wyraźnie na wysokim poziomie emocji wykrzyczał mi do ucha – nie zmarnowaliśmy roku po zwycięstwie, wykorzystaliśmy czas, to jest nasz czas. Żaden laureat nigdy nie osiągnął tego poziomu. I osobiście się cieszę, że to Coma (symfonicznie)  była ostatnim zespołem mego festiwalu

D

DARMOCHA

Temat „darmochy” bardzo nieśmiało się już przewijał w kilku moich postach. Czym była darmocha. Moja definicja tego zjawiska, z którym walczyłem z marnym skutkiem to danina organizatora uzasadniona i nieuzasadniona na rzecz    mieszkańca Węgorzewa, który raptem zapałał miłością do muzyki rockowej. Tak jak powiedziałem,  gro mieszkańców Węgorzewa udzielało  nam, mi wszelakiej pomocy. To były najróżniejsze gesty, często nie związane z rockowiskiem. Ktoś dał 10 arkuszy sklejki, inny położył za free kilka osób  przy okazji innej imprezy, ktoś coś pożyczył, na coś popatrzył życzliwym wzrokiem, razem pojechał do stolicy z książką adresową. Tu rozdawanie gratisów w stosunku do tych osób było przyjemnością. Ale gratisy wymuszane nazwiskiem, funkcją, znajomością  to było powodem kaca na kilka miesięcy. Ale żeby już nie dołować się po latach po raz kolejny, opowiem o przesympatycznym zdarzeniu. Jest rok 1995, na scenie ma wystąpić Lady Pank, którego frontmen ma oleckie korzenie. Na pół godziny przez koncertem zjawia się ekipa Frank Rubel, olecki  rockowy towar eksportowy, z którymi poznałem  się przy okazji ich koncertu razem w Wilkami dwa lata wcześniej. I od zespołu dostajemy potężny zastrzyk dobrych markowych alkoholi, równowartość  kilku karnetów na cały festiwal. W zamian chłopaki poprosili  o identyfikatory na koncert Lady Pank. Transakcja  została zrealizowana z obopólnym zadowoleniem. Przy tej okazji  zauważyłem  jaką  wagę ma zwykła plakietka, Plakietka pokazywała, że jesteś kimś na festiwalu. Możesz wchodzić i wychodzić którędy chcesz, możesz być pod sceną. Nie ważne, że na plakietce pisało „obsługa małej sceny” czy też „obsługa garderób”. Liczyło się, że coś  wisi na szyi. I każda próba zastąpienia plakietek wygodniejszymi  opaskami była przyjmowana jako zamach

DOTACJE

Finansowanie   festiwalu  opierało  się o dotacje.  Duże komercyjne firmy nie miały interesu  finansować ich zdaniem lokalnego  festiwalu  z widownią na poziomie 5000   widzów. Pozostawały środki publiczne , samorządowe. Gdzie  to żeśmy nie pisali? Jaką wykazywaliśmy się pomysłowością, by   otoczyć  festiwalowe  granie czymś nowym , oryginalnym, czymś takim, co decydentów od kasy rzuci na kolana. . I nieskromnie mówiąc  to nam się  udawało. Mówiąc nam, mówię przede wszystkim  o Ani Polonis – wspólnie napisaliśmy kilkadziesiąt lepszych i gorszych projektów. Ona  miała za zadanie moje  wariackie pomysły wpisać w ministerialne rubryki.  Pierwszym takim pomysłem był  2005 rok i Festiwal Rockowy  Union of Rock, gdzie naszym pomysłem były koncerty zespołów z miast partnerskich Węgorzewa. Oczywiście te zespoły na Placu Wolności  to była przykrywka  do dużej sceny, ale to wypaliło. Skoro   to wypaliło, poszliśmy dalej. Namówiliśmy fundacje WWF do współpracy, dołożyliśmy do Union of Rock przedrostek Eco i hajda do Brukseli. Oczywiście  działania Eco były, ale to nie one generowały koszty, one miały sfinansować działania główne  na dużej scenie. Jak skończyły się  już nam pomysły na kolejne wariacje związane z miastami partnerskimi,  wpadliśmy na pomysł zbudowania polsko – litewskiego  rockowego mostu.  Oczywiście działania  polsko – litewskie były,  nasi partnerzy  tez coś w Kownie zrobili,  my natomiast główkowaliśmy jak kasę z rockowego mostu  przeznaczyć na dużą scenę. Ciężko było ale daliśmy radę.  Bardzo dużym wyzwaniem  był  projekt z 2011 roku „Promocja produktów lokalnych poprzez organizację Festiwalu  Rockowego w Gminie Węgorzewo”. Cel ten sam, ale było ciężko. Przy okazji  pojeździliśmy z produktami  po Trójmieście, Kownie. Łódkę  Maxus jako  nasz regionalny produkt  wykorzystaliśmy na maksa by zarobić na  festiwal  (podziękowania dla Krzysztofa Stępniaka i firmy Northman). Cudów dokonywaliśmy, by  pozyskać środki finansowe z Funduszu Wyszehradzkiego. Nie były  to duże kwoty, po kilka tysięcy Euro, ale  pomysły były. Stąd na festiwalu pojawiały się kapele ze Słowacji, Węgier. To dzięki  festiwalowi  pozostały znajomości w tych krajach. Jednym z ciekawszych i chyba najmądrzejszych  naszych pomysłów  był  projekt „Na muzycznej orbicie Mamr”. Tytuł, do dziś  powstawały jego  różne pisemne kontynuacje, zakładał  trzyletni festiwal na którym miało się dziać to co zawsze. W ramach konkursu do FIO dostaliśmy maksymalną punktacje. I dotacje 300 000 na trzy lata. Niestety, wtedy już miałem komornika na karku  i dotacja przepadła. Były też i projekty   z pozoru bez sensu. Fryderyk Chopin na rockowo. I okazało się  że MKiDN przyznał  nam solidną  dotację  a zespoły konkursowe  wałczyły  o nagrodę, kto  zaaranżuje utwór Chopina na rockową nutę. To było  zadanie  tylko z pozory niewykonalne. W 200 rocznicę urodzin naszego genialnego kompozytora  nagroda pojechał na Białoruś.  Pisze o tych dotacją z perspektywy lat trochę frywolnie, trochę  faktów przemycam w formie zawoalowanej. Takie były czasy, takie projekty. Ale też chcę być dobrze zrozumiany. Wszystkie dotacje zostały rozliczone bez większych błędów, więcej,   z  racji skali dotacji jedna kontrola przyjeżdżała, za pół roku była następna. Chyba w Węgorzewie żadne stowarzyszenie nie miało takiego doświadczenia w pisaniu, realizowaniu i rozliczaniu projektów. Projekt  Brukselski, napisany po angielsku rozliczony po angielsku, i kontrolowany był przez  audytora  z Londynu. I nie były to pogaduszki. Tylko tydzień czas sprawdzania dokumentów, kartka po kartce. Zupełnie z innego powodu załapaliśmy się  na kontrolę krzyżową z NIK. Tu  inspektor przez dwa  tygodnie kartka po kartce sprawdzał  rozliczenia wszystkich dotacji, od Brukseli po  powiat i Urząd Marszałkowski. Daliśmy radę. Ale nie powiem, że było lekko. Ale była też i kontrola, na pierwszy rzut oka, przyjemna, kawa , ciasteczko,  ble ble. I po dwu tygodnia przyszedł pokontrolny  protokół. Chyba ktoś inny  pisał go, a kto inny ciasteczka jadł. Odwołaliśmy się od  protokołu, trochę trwało, ale  skutecznie.  Okazało się że ktoś życzliwy obsmarował nas  i zapomniał się podpisać. I kontroler w to wszystko bezkrytycznie uwierzył.  Było, minęło.

DŹWIĘK

Każda edycja festiwalu wzbudzała   wielkie emocje związane z mocą  nagłośnienia. Kolejne lata  przynosiły  stopniową ewolucję  sposobu patrzenia  na ten problem. Początki były siermiężne jak i całe nasze doświadczenie w organizacji imprez. Pierwsze   festiwale   nagłaśnialiśmy „sposobem gospodarczym” , łącząc kolumny z klubu wojskowego z Węgorzewa, Giżycka czy też z  klubu DWL.  Patrząc na dzisiejsze standardy, to była totalna partyzantka. Szukaliśmy sposobów jak  wejść na wyższy poziom ale bez ponoszenia  większych kosztów. W latach 1991-1993  dzięki współpracy z Klubem Garnizonowym z Giżycka nawiązaliśmy obustronnie korzystne kontakty z grupą, powiedzmy sobie, artystów, techników  i handlarzy z Ukrainy. Autobus z 40  osobowa ekipą  przyjeżdżał do koszar, miał spanie   gratis, w zamian za to mieliśmy występy dla wojska i po okolicznych  parafiach. Występy estradowe, z elementami cyrku, erotyki ale tez i folklor. No i oczywiście  eksperci od handlu międzynarodowego. I z szefem grupy, trębaczem z orkiestry wojskowej,  Jurą Iwanowem, dogadaliśmy się. Oni przywiozą na  festiwal   nagłośnienie, my im noclegi. No i przywieźli. Zbieraninę kolumn i wzmacniaczy z cyrku w Kijowie. Do tego  akustyków, którzy  z rockiem mieli tyle wspólnego co ja z ich stało profesją, czyli  obsługą techniki cyrkowej. No i pech chciał, że  jakoś to wszystko posklejali i padło  na Wilki. Aż żal było słuchać i patrzeć    na to,  jak męczył się Robert Gawliński z fachowcami znad Dniepru. Wszystko się sprzęgało, wzbudzało. Piszczało.  Po koncercie  odbyliśmy  naradę roboczą. W efekcie Ukraińcy dostali za zadanie  pilnowanie sprzętu, a za nagłośnienie, nadal  bazując na    tym co przywieźli w lukach  bagażowych autobusu nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy, wziął się zespół z Wrocławia. I ci młodzi ludzi uratowali festiwal. Koncert De Mono odbył się już  bez zakłóceń. Po raz kolejny okazało się, że ludzi decydują o wszystkim.

Jak już   jestem przy nagłośnieniu, to w latach 90-tych   festiwale  licytowały się tym , kto głośniej zagra. Kto postawi mocniejsze nagłośnienie. I tak było i u nas do 1995 roku. Przyjeżdżały  tiry z kolumnami, nasi strażacy dźwigiem  ustawiali je jedna na drugiej.  Takie były czasy. Ale w 1996 roku   nagłośnienie przywiózł Leszek Polanowski i jego Pol Audio. Przywiózł na dzień przed  festiwalem (do tej pory było przyjęte stawianie dźwięku  na 2-3 dni przed) , postawił   rusztowania – wieże, i…. w środku powiesił  coś co  miało spowodować, że dźwięk rozniesie się  po całym powiecie a na pewno dotrze  do Węgielszyna i tamtejsze krowy po raz  kolejny będą miały problemy z mlecznością.  Bogdan Żydok, ówczesny organizator jak zobaczył te  kolumienki, to mało co nie zszedł z tego świta. Okazało się  że pan Leszek przywiózł  do Węgorzewa swój najnowszy sprzęt – wiszące systemy  nagłośnieniowe (łukowe, na łańcuchach), których dźwięk był skierowany  na plac, na słuchacza a nie na przysłowiowy już Węgielsztyn. A jak już jesteśmy przy Węgielsztynie. Po edycji 1992 roku, gdzie gwiazdą  był Oddział Zamknięty,  na jesieni  1992 roku  referowałem na sesji Rady Miejskiej temat festiwalu i oczywiści prosiłem o wsparcie. I wtedy wyskoczył jak Filip  z konopi ówczesny sołtys Węgielsztyna,  w gruncie rzeczy bardzo porządne chłopisko, dlatego z szacunku dla niego, milczeniem pominę  jego nazwisko i zaapelował, by skończyć z tym darciem się  na rockowisku, przez te nasze hałasy jego węgielsztyńskie krowy tracą na mleczności. Prasa to podchwyciła, o Węgielsztynie było na kilka lat do przodu głośno. A miasto wsparło festiwal.

E

ENEJ

Dla ortodoksyjnego wyznawcy rockowych brzmień zespół Enej nijak się miał do rocka. Ale przyjechali , wystąpili w konkursie, coś tam zdobyli. I za moment zaczął się szał na ten zespół, trasy koncertowe z Latem z radiem, stała obecność w mediach. Rzutem na taśmę udało mi się ich zakontraktować na festiwal – byli gwiazdą małej sceny na placu 400 lecia Węgorzewa (plac przy Rusałce). Koncert oczywiście bezpłatny, potężna scena w klimatycznej scenografii na tle jeziora Święcajty – i droga krajowa 63 na odcinku od Koszar do Rusałki totalnie zakorkowana. Tysiące ludzi idących na pieszo, próbujących dojechać jak najbliżej plaży. Nikt tego nie przewidział, ani policja, ani ja. A najdziwniejsze jest to, że zespół, który przyciągnął 1/4 Węgorzewa, kosztował mnie wówczas, wstyd przyznać, tyle co nic. Magia festiwalu działała.

F

G

GMINA

Czy miasto chciało tego festiwalu? Czy Gmina widziała sens rocznych przygotowań po to, by przez 4 dni miejscowi poczuli, że są ważni, że to do nich walą tłumy z całej Polski. Najkrócej można by było powiedzieć, że wszystkie gminne i powiatowe instytucje aktywnie działały na rzecz festiwalu. Grzechem by było powiedzieć coś złego na kogoś, no może co niektórzy księża robili mi czarny PR, ale pozostali… Nie sposób wszystkich form wsparcia wymienić. Najprościej powiedzieć Gmina i powiat dofinansowywali , każde na miarę swych możliwości. Czy 70-90 000 ze strony Gminy to dużo czy mało? Czy 4 – 5 000 ze strony powiatu to dużo czy mało? Niech każdy sobie odpowie sam, wiedząc że budżet festiwalu wynosił od 400 do 600 000. Ale pomoc też była i inna, też wymierna. Szpital Psychiatryczny już w styczniu każdego roku kupował dla wszystkich pracowników bilety, podobnie ZUK i Ciepłownie Miejskie. Wsparcie ZUK spowodowało , że firmy z nim współpracujące dwukrotnie finansowo wsparły festiwal. Jak zaczęły się problemy finansowe to ZUK udzielił pożyczki i po kilku latach ją umorzył. Podobnie zachował się powiat i zaległości organizatora wobec ZSO i SOSW umorzył. Wielkiego wsparcia udzielali węgorzewscy przedsiębiorcy: Władek Kozij, Darek i Irena Drabykowie, Paweł Bagiński, Artur Fiedosewicz czy też Leszek Wojtczuk. Materialnie wpierał Hrudeń, Stefan Hałuszko i wielu , wielu innych. Ale też i były działania szczególnie dla mnie stresujące, gdy przysłowiowy węgorzewski Kowalski , o którym na pewno nikt by nie powiedział, że starcza ledwie mu od pierwszego do pierwszego, zawsze w dniach festiwalu przypominał o moim istnieniu , i się nie ceregielił – dwa karnety, 4 karnety. Po kilku latach wymuszania potrafił już wysyłać umyślnego po przydziałowe jego zdaniem karnety. Niestety, zwykle ulegałem. No to jaki był stosunek Gminy do festiwalu? Najkrócej to bym określił w ten sposób – kochała festiwal. Chciała by grał jak najdłużej. Każda kolejna gwiazda z europejskiego topu to była dla gminy nobilitacja. A jednocześnie bała się. Bo wszyscy widzieli te szamotanie się o finansowe spięcie kolejnej edycji. Widzieli że walkę o kolejną edycję zaczynałem dzień po zakończeniu bieżącej edycji. Pierwsze edycje w latach 2002-4 rozpoczynały się obowiązkową naradą w UM – policja, wojsko, straż pożarna, ochrona zdrowia, służby komunalne itd. I jakoś tak się stało, że z z roku na rok te odprawy, które nic nie dawały ale jednak jednoczyły wszystkich przy festiwalu, traciły na znaczeniu, były coraz bardziej odfajkowywane. Dlaczego? Bo i tak, 100 % decyzji festiwalowych była w moim ręku, to ja musiałem indywidualnie negocjować z policją, PSP, szpitalem, ja organizowałem sprzątanie i wywóz śmieci itd. Może jakbym organizacyjne zawalił któryś festiwal, to i grono wspierających byłoby większe. Ale skoro Iwaniuk dawał radę sam… Pewnie to jest jakaś moja wina.

H

HIP HOP

Dziś to już standardem jest mieszanie na scenie w gatunkach i rodzajach muzycznych. Ale zaprosić na festiwal rockowy w 2002 roku zespoły hip hopowe i to jakie. Peel Motyff, Slums Attack, Fenomen, Dab, Gibon Skład i do tego prowadzący: WSZ i CNE (dla niewtajemniczonych Wujek Same Zło i Człowiek Nowej Ery). To w 2002 roku mogliśmy tylko my z Robertem Leszczyńskim wymyślić. O tym koncercie już wspominałem w innym miejscu, teraz kilka słów o atmosferze. Ja przyzwyczajony do porządku na scenie zakładałem, że teraz też tak będzie. Zapowiedź, występ, bis, przerwa, zapowiedź, występ, bis, przerwa….. Srogo się zawiodłem. Już po 20 minutach występu pierwszej grupy/zespołu/składu na scenę wparowali wszyscy artyści. WSZ i CNE schowali się za kolumny a artyści zaczęli grać na własnych zasadach czyli w moim mniemaniu rozpoczął się jeden wielki muzyczny bajzel na scenie – składy się mieszały, bawiły się na scenie, rapowali wszyscy albo pod dyktando chwilowego „wodza”. Publika owszem bawiła się świetnie. Bawiła się jedną godzinę, drugą, trzecią, słońce zaczęło wschodzić, oni grali , oni się bawili. Czy w powietrzu unosił się zapach czego nagannego? Nie wiem, ja czułem grochówkę, którą tego dnia serwowało wojsko, ale ludzie obeznani z tematem używek wiedzieli swoje. Nie da się na czczo występować na pełnym spontanie tyle czasu. I była chyba godzina cos po 4 00 rano, gdy Bluesmen (szef backlinu) podjął jedyną słuszną decyzję. Olek, wyłączamy aparaturę, oni inaczej nie skończą do obiadu. I tak też się stało. A pod sceną pozostała jeszcze 100 osobowa najwytrwalsza grupa fanów. Rapowanie a capella nie zdało egzaminu.

I

J

K

KLUBY

W kilku już miejscach wspominałem, że konkurs młodych zespołów był dla nas priorytetem. Jeśli chcieliśmy cos znaczyć na mapie muzycznej Polski to musieliśmy być oryginalni, nowatorscy. I o ile w latach 90-tych czy jeszcze w pierwszych latach po reaktywacji, gdzieś tak do 2005-6 roku pomysł na wysyłanie demówek był ok. to z każdym następnym rokiem czuliśmy, że ten pomysł powoli się wyczerpuje. Stąd nasz wcześniejszy autorski pomysł na koncert ostatniej szansy. Na czy to polegało? Do konkursu kwalifikowaliśmy ileś tam zespołów na podstawie przesłuchań, ponad 90 % odpadało. Dla nich stworzyliśmy furtkę w postaci eliminacji na żywo. I w taki o to sposób Kombajn do Zbierania Kur po wioskach w 2009 roku w Węgorzewie wystąpił ……3 razy. Najpierw w koncercie ostatniej szansy, na scenie w WCK, szansę wykorzystał, dzień później już zagrał w konkursie. I wygrał. No to po raz trzeci na dużej scenie jako laureat. W 2012 roku postanowiliśmy zrobić eksperyment, który sprowadzał się do jednego. Zespoły zgłaszały się do nas – my mieliśmy kontrole nad całym procesem, natomiast do Węgorzewa kwalifikowano już na podstawie lokalnych konkursów. Nasi węgorzewscy tubylcy nawet nie zdawali sobie sprawy, że gdzieś tam w Polsce na wiosnę 2013 roku trwały eliminacje do Węgorzewa; A grano w m.in. w klubach w Białymstoku, Rzeszowie, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Szczecinie, Koszalinie, Gdańsku, Olsztynie, Bełchatowie, Toruniu, Warszawie, Łodzi. Czy któraś z węgorzewskich imprez miała taką promocję?:

Dziś z perspektywy lat i mądrzejszy o lata doświadczeń śmiem stwierdzić, że były to już nasze ostatnie konkursowe podrygi. Nie byliśmy w stanie wygrać ze wszechogarniającymi muzycznymi konkursami w ogólnopolskich stacjach. One gwarantowały oglądalność, pieniądze, popularność. Stary dobry garażowy rock zszedł do podziemia i już nie gwarantował sukcesów frekwencyjnych na festiwalach biletowanych. W dobrą stronę poszli organizatorzy dwu ostatnich edycji Naturalnie Mazury, którzy scenę konkursową oddali jednej agencji, jednej firmie, która mając w swoim portfolio kilkadziesiąt młodych kapel do Węgorzewa sama zaprosiła według uznania te, które mogłyby wpaść w ucho publiczności festiwalowej na dłużej.

L

Ł

M

N

O

                                                                  ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY

Jak zacząć wspomnienia  to najlepiej z górnego C.  Pierwszym zespołem  na węgorzewskim rockowisku  z polskiego rockowego topu miał być w 1992 roku KULT. My w Węgorzewie byliśmy tylko wyrobnikami , decyzje zapadały w Warszawie, w wydziale kultury Dowództwa Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Plakaty z KULTEM poszły już  na miasto.  Koncert Kazika jednak  z nieznanych do dziś przyczyn został odwołany, w to miejsce  to same szefostwo dało  na ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY. Z   OZ wiąże się też moja znajomość – sympatyczna, ciepła, pełna wzajemnego szacunku – z Wojtkiem Pogorzelskim, naszym późniejszym jurorem. To z jego inicjatywy   zespół w Węgorzewie obchodził swój jubileusz. Wojtek w 1992 r. wrócił do kraju. Otrzymał propozycję zagrania dwóch koncertów z repertuarem Oddziału Zamkniętego w ramach otwarcia warszawskiego klubu muzycznego Fugazi. 21 i 22 marca zespół w składzie: Wojciech Łuczaj-Pogorzelski (gitara prowadząca), Jarosław Wajk (śpiew), Jarosław Szlagowski (perkusja), Krzysztof Zawadka (gitara rytmiczna), Marcin Ciempiel (gitara basowa) zaistniał ponownie na scenie jako Oddział Zamknięty.. Na skutek pozytywnego przyjęcia kapeli przez publiczność po kilku latach przerwy, grupa oficjalnie reaktywowała się na stałe. I w tym składzie wystąpiła na II Przeglądzie Wojskowych Zespołów Rockowych. Poniżej   amatorskie wideo  z tego   koncertu. 34 lata temu  zespół  odważył  się wystąpić na betonowej scenie zadaszonej wojskowym namiotem technicznym. Dziś to byłoby nie do pomyślenia. Bezpośrednie kontakty  z muzykami   OZ  owocowały wieloma pomysłami. Jednym z nich była  próba zaproszenia na Seven  Festival super grupy Scorpions. Tu  żadnego przypadku nie było. Paweł Mąciwoda basista Scorpions, to członek OZ w latach 2002-2004. I co się okazało, nie warunki  finansowe okazały się  barierą, nie technika.  Barierą nie  do przeskoczenia była nasz wojskowy amfiteatr z jego pojemnością  na ok. 10 000 fanów.. A to było dla  naszej hipotetycznej gwiazdy stanowczo za mało. Zespół  przyzwyczaił się do gry na stadionach, dla kilkudziesięciu tysięcy widzów.  A dziś, gitarzystą OZ jest Paweł „Gunsess” Oziabło, dyrektor domu kultury w Michałowie (miasteczko raptem kilkanaście km od mego rodzinnego  Zabłudowa)  który z  grupą SCHODY   brał udział  w konkursie na  naszym festiwalu, na jednej z pierwszych edycji już w XXI wieku. Tak to te drogi OZ i organizatorów przez lata wielokrotnie się krzyżowały.

P

R

S

T

U

W

X

Y

Z